SZORTy

@adaszpilka.art

S.Z.O.R.T.y

czyli

Subiektywny Zbiór Opowiadań Redukowanej Treści


Ada Szpilka

Licencja Creative Commons CC BY-NC-ND 4.0

Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 4.0

https://creativecommons.org/licenses/by-nc-nd/4.0/legalcode.pl



Krótsza drzemka boga

Jak potoki dźwięków soczyście bukietami ze strun strzepnięte, tak nagle dotarło do mnie, że ciągle tkwię w iluzji. Być może sama ją stwarzam, ukrywając przed sobą rzeczywistość…

Takie mniej więcej myśli kołatały się w głowie Endry, sumiennej finansistki, skrupulatnie wypełniającej swe obowiązki wyznaczone umową o pracę. Siedziała przed ekranem komputera i przestawiała cyfry, dokonując ich analiz. Problemy matematyczne miała w jednym palcu, zatem robiła to automatycznie, niejako dzieląc świadomość na pracę i wolne dywagacje. Część odpowiedzialna za pracę dbała o poprawne nanoszenie i przenoszenie danych, wykorzystując do tego celu bodźce wzrokowe, dotykowe i siłę mięśni poruszających dłońmi. Czasem dokonywała korekty procesów analitycznych. Działała niczym dobrze zaprogramowany komputer. Druga część nagle przeniosła pracowniczą świadomość Endry daleko poza biuro i miasto, w którym przebywała. Nie potrzebowała do tego wzroku, węchu, dotyku, mięśni, a mimo to widziała, czuła, odbierała bodźce zewnętrzne. Cud dnia powszechnego? Może...

Jaźń naszej finansistki żeglowała po jej tylko znanych morzach świadomości, a ciało stoicko zajmowało się szarym świadczeniem analitycznych usług za regularną pensję. Regularną i nienajgorszą. Do tego znośne świadczenia socjalne. Standard. W tej średniej arytmetycznej warunków bytowych obracała się od dawna. Mimo to gdzieś pod skórą czuła jakiś fałsz parujący z otoczenia. Jakby rysa na szkle.... Uskok materii w powietrzu... Brak ciągłości fali dźwiękowej... Ciężko określić to przeświadczenie, jeszcze trudniej go doznać. Mimo to on doświadczała go coraz częściej. Oddalała się od szarej codzienności coraz dalej. Coraz głębiej. Dryfowała w zakamarkach swego świata, rozdzierając duszę na dwie części. Dualizm burzył mosty coraz skuteczniej odcinając siedzący tryb życia od lotnej myśli. Niezłomnie i nieodwracalnie. Już nie była finansistką. Stała się służącą marzeń. Ich cichą kapłanką i orędowniczką. Nie wiedziała nawet, kiedy ostatnia lina powstrzymująca ją przed dryfem w nieznane pękła pod naporem fal przewalających się przez jej duszę namiętności. Jest taki obraz węglem przedstawiający poetę ze skrzydłami o nogach wrośniętych w skałę, na której szczycie stoi on nagi i rozdarty. Oto teraz ta skała poczęła kruszeć, drżąco pękać... Odpadać od ciała, które dotychczas oblepiała.

Monitor plujący zimnym matematycznym językiem nagle odmienił swe oblicze. To już nie był zrozumiały język. Stał się bełkotem, gdy ulegająca realizmowi część psychiki obumarła, smagana wiatrem sił fantazji i snów. Plątanina cyfr gęstniała, przybierając coraz bardziej fantazyjne wzory. Gdzieś pośród nich pojawił się narastający cień. Jakaś złowieszcza pustka. Z oddali przytłumione dźwięki sączyły się opornie w uszy. Świat realny...

Endra, Endra - wołał ktoś zza mgły. Dołączały do niego inne głosy. Chaotyczne, pełne strachu i coraz bardziej odległe. Ostatnim zrozumiałym dźwiękiem był odgłos twarzy miażdżącej klawiaturę komputera. Nie było towarzyszącego zawsze upadkom bólu.

Nie ma pulsu - wyszeptał ktoś cicho, ale tego wygięte w łuk pochylony nad biurkiem ciało już nie potrafiło usłyszeć. Nad Endrą otworzył się świetlisty krąg. Gdzieś z góry spłynął tęczowo zabarwiony i dobrze jej znany, bo... Jej własny szept...

-Długo śniłam?


Puszukiwacze zaginionej liczby

Siedzę właśnie i z durną tępotą śledzę długie kolumny cyfr, poszukując na próżno jakiegoś ładu, logiki, jak gdyby ich struktura i to, jak się układają, miało stanowić porządek wszechrzeczy... Na próżno. Przenoszę wzrok za okno, gdzie lepkie, mokre powietrze rozcinają warkocze wiatru. Pustka. Ani jednego błysku słońca. Ponury brudny świat oparł się właśnie o ścianę wieżowca i gwiżdże zaciekle fałszując durne i puste melodie. Czas upływa, a moje oczy coraz częściej ulegają słodkiemu ciężarowi osuwających się namolnie powiek. Monotonne stukanie klawiatur wymiotło gdzieś sens tego wszystkiego, co nazywamy życiem. Puste odgłosy sprężynujących klawiszy, monotonny szum komputerów i równie puste i bezsensowne rozmowy zlewają się w ziewanie biurowca. Atmosfera gęstnieje, a szarówka za oknami rozdziera się momentami, ukazując nieosiągalny błękit. Właśnie w takich chwilach powracają ciepłe myśli. Wspomnienia karmią wygłodniałą duszę ochłapami przeszłości, a ta rzuca się na nie żarłocznie, połykając je łapczywie w swym wielkim nienasyceniu. Próchniejące drewno fasad obojętności odpada, wystawiając na próbę tlący się jeszcze płomyk optymizmu. Życie dławi go swą nieśmiertelną kanonadą niezmiennej nudy i bezcelowości. Przetaczają się przez nie ułamki wspomnień, a myśl szuka ich spełnienia. Życie. Krótkie spełnienia skrywanych pragnień rodzą apetyt na kolejne, i tak ulegam złudzeniu sensowności przestawiania cyferek, szukania jakiegoś prawa, które nakazałoby im jakąś metodę egzystencji... Na chwilę z tej szarówki wynurzyły się promienie jesiennego słońca. Krótko, słabo, zaogniły pęd duszy do iluzorycznego ciepła... Zmęczone oczy uparcie jednak wracają gdzieś w pusty punkt na monitorze i cały apetyt życia wyparowuje, gasząc trzeźwość poczynań. Zapadam się po raz kolejny w postać łowcy cyfr, beznamiętnego odkrywcy w skórzanej kurtce, skrywającego twarz w cieniu fedory i zanurzającego się, z nieodłącznym batem, w zakamarkach prastarych świątyń matematycznej logiki, w poszukiwaniu zaginionych liczb...

Gdzieś w ruinach przeoranych szponami ognia namiętności życia i wiatru rozczarowań gaśnie płomień, a puste, zdewastowane korytarze wypełnia śliska i zimna ciemność... Tak właśnie, śniąc na jawie, umierają księgowi…


Egzorcysta

Moje sny wynurzają zmurszałe fundamenty wysp zielonych z głębokich czeluści mroku. Przetrącone skrzydła łopoczą wolnością duszy na wietrze Weny. Rozwijam je do długiego i wysokiego lotu... Moje nogi wybijają mnie wysoko do góry. Skrzydła łapią powietrzne strugi i coraz szybciej unoszę się nad archipelagiem światów. Podążam prostą drogą ku słońcu, pragnąc dotknąć go i przynieść Ci jak najwięcej światła w dłoniach...

Wtorek zaszył się w słodkich objęciach nocy. Był kolejnym dniem. Nienormalnym w normalności. Cichym a wrzeszczącym gdzieś pośród arterii. Tajemniczym a zwykłym zarazem. Pełnym źródeł ukojenia szepcącego w zakamarkach duszy kwietne kobierce. Taki sam a inny. Coś drzemiącego w nim przeszło ku ramionom nocy. Cisza zatrzymała zegary. Pustka rozlała się po horyzonty szarości. Gdzieś w mroku coraz mocniej pulsowało Światło prastarej Świątyni, przypominając o swym istnieniu. Moce, nad którymi nie ma władzy upomniały się o ten pokryty rdzą i kurzem zapomnienia świat. Opanowały go i otuliły ciepłem opuszczone nawy gotyckich sklepień. Ołtarz w niemym bezruchu oddawał się na nowo płomieniom liżącym spękany marmur. Ten ogień nie niszczył. Teatr Cieni odgrywał balet miękkich pulsowań wśród starych gzymsów, a kamienne gargulce rozpostarły zdrętwiałe skrzydła ucieszone tym cudem. Ten ogień powrócił do obumarłego sanctuum, aby dopełnić je i oddać pokłon sponiewieranej przez czas i ludzi katedrze. Coś boskiego i budzącego respekt spłynęło na świątynię... Była w tym czymś bowiem zaklęta siła i magia potężniejsza niż słowa i sztuczki człowiecze. Magia niegasnąca, wieczna, bolesna, ale i kojąca. Magia mityczna i niepojęta, posiadająca własną świadomość i wolę. Anioły przycupnęły na dachach strzelistych wież w ciszy i wpatrywały się urzeczone puchnącym pulsowaniem obrzmiałej od wyczekiwania siły. Ta katedra wróciła w ramiona prawowitego właściciela. Życie niegasnące i pełne wrzątku rozlało się z ołtarza, zalewając blaskiem wnętrze. Światło, czyste, zapomniane, silne, piękne, cudne i potężne wróciło w majestat uświęconego zapomnieniem miejsca. Światło objęło je w posiadanie. Tym razem już na wieczność. Dusza ocknęła się z katatonii…


Bajka na odchodne...

Stary Król podrapał się po głowie. Korona zagrała jękliwie brzękiem toczącym się za nią po podłodze. Skronie swędziały coraz mocniej, a czerwone strużki orały skórę słodkim i cierpkim zarazem smakiem. Król pochylił się troskliwie nad Państwem, bacznie obserwując stan polityki wewnętrznej. Mały otwór ziejący w skroni wylewał z siebie całą królewską pamięć zaszytą w molekułach hemoglobiny. Postać Władcy skrzypiąc odchylała się od pionu coraz widoczniej. Oczy rozszerzały się od wypatrywania światła w przygasającym obrazie zamierającego wieczorem pracowitego dnia. Usta nabrzmiały nieznacznie, próbując wypchnąć więznący w krtani potok słów, ale z ich głębi wydostało się jedynie słabnące tchnienie. Mgiełka pary zaczarowana magią ostatniego oddechu uniosła na swych skrzydłach niegasnącą emanację Króla.

-Widzisz, kurwa, jakie to proste? - Mistrz Zabójców spojrzał z wyższością na ucznia. W oczach tamtego czaiła się dziwna mgła, a oddech zamarł ze skowytem. Teraz ta mgła drapieżnie ruszyła ku krtani Mistrza, zaciskając na niej swoją niematerialną furię.

Królewskie ciało z głuchym stęknięciem kamiennej posadzki legło martwe. Gdzieś w jednej z wież z oknem na salę tronową inne ciała osunęły się bezładnie na ziemię.

-Raz jeden oddasz im jak oni Tobie - to była pierwsza z przepowiedni Astrologa, która sprawdziła się od czasu jego ścięcia.


Młodszy brat Cienia

Orem był zwykłym poszukiwaczem Cienia. Jak na poszukiwacza Cieni przystało, jego sytuacja finansowa mówiąc oględnie pozostawiała wiele do życzenia. Pozostawał od długiego czasu na marginesie cechu za obrazę własnego Mistrza. To wykluczało mocniejszy zastrzyk gotówki. Tułał się zatem po świecie, przyjmując psie zamówienia za łyżkę strawy i marny grosz. Omijał większe skupiska ludzkie, gdzie rozlokowane były placówki Cechu. Prawdę powiedziawszy, żal mi go. Wam pewnie nie, bo niewyparzona gęba i porywczy charakter dostały sowitą wypłatę, ale mnie jakoś smutno na niego patrzeć. Jak widzę ten szczątek człowieczeństwa przemierzający bezdroża, to mam chęć dać mu bodaj najlżejsze zlecenie. Niestety, Cech wszędzie macza lepkie palce chciwości i mógłby się srogo zemścić. Interes jeszcze dochodowy, zatem może Ktoś z Was mógłby zlecić mu wędrówkę za Cieniem? Widzieliśmy się ostatnio tu "Pod Pozytywką" tydzień temu. Miał desperację w oczach. Jako Adept często przyjmował ode mnie zlecenia i taka mnie litość zdjęła, że postawiłem mu kufelek i ciepłe żarełko. Początkowo się krygował, ale języka nie oszukasz słomą... Przez wzgląd na dobre czasy przyjął posiłek. Chwilkę pogadaliśmy, a potem poszedł swoją kolczastą drogą. Dwa dni temu gadałem ze starym Bahtą. Widział Orema pod Puszczą. Musiało mu naprawdę podsmażyć głowę, żeby tam leźć. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pcha się do Puszczy. Szkoda człowieka. Wiecie, co? My tu potrafimy tylko ubijać interesy. Kupczymy. Ech... Szkoda człowieka... Zobacz Baon, Cech ich ciśnie i my na tym tracimy. Bez cechu wolne ceny rozruszałyby ruch w tej materii... Ja rozumiem. Wieem, jakość. A zobaczcie teraz, ile miernot opłacają i polecają bez skrupułów, a dobry w te klocki Orem poszedł na zatracenie. To był złoty chłopak... Cóż... Dobre to piwo. Kronig je sprowadził? Przednio się pieni... Wasze zdrowie... Niech sczeźnie, jak głupi. Na pohybel Cechowi i łowcom...

Piwo pieniście zalało gardła kupców. Mawiają, że można utonąć w łyżce wody. Oni utonęli w kuflach Kronigowego piwa. Martwe oczy znaczyła smuga cienia. Nie było białek. Tylko Mrok... Orem zawsze mówił, ze jest jedynie poszukiwaczem Cienia, a Cień to tylko młodszy brat Mroku…


M i s e r e r e

Stała wśród ognia i smrodu. Mgła leniwie przewalała swe napęczniałe brzuszysko nad pooraną ogniem ziemią. Zdeptana i spalona na proch trawa osiadała w nozdrzach, czyniąc tę chwilę jeszcze milszą. Podniecenie opadało. Ekstaza dobiegała końca. Wysycone krwią i cudzym cierpieniem usta łapczywie oblizywał język żądzy. Miserere... Szeptały pochylone z bólu kikuty drzew... Miserere… Tęsknie wołało deszczowe i brudne od siarki niebo.

Miserere stała i patrzyła. Nieruchoma, delektująca się chwilą. To miejsce należało do niej. Uczta dobiegała kresu. Demoniczny byt zaspokajał niegasnący głód. Orgazm sytości był tuż, tuż... U stóp Miserere wił się w boleści człowiek. Agonia drżała od jego oporu, pochłaniając żywe jeszcze ciało swym sinym całunem. Miserere patrzyła na przedśmiertny balet z rozkoszą. Dziką i nieujarzmioną. Demoniczne usta uniosły się w niemym zachwycie. Człowiek nie dawał za wygraną. Nagle Śmierć odeszła na bok. Zbrakło jej sił. Żołnierz począł czołgać się przez syte prochem i krwią błoto. Podniósł głowę i wtedy... Miserere pochyliła swoją twarz nad leżącym. Oczy żołnierza napotkały żądny ekstazy wzrok. Jęknął, gdy długi szpon przebódł oko i wwiercił się w czaszkę. Potem śmierć doskoczyła doń z energią młodzieńca. Miserere uniosła się, wyrzucając z krtani spazm rozkoszy. Była przez moment nasycona gasnącym życiem. Wysysała je, przekazując delikatną tkankę duszy na ręce łaskawej śmierci. Pośród poszeptów krwawiącej natury, przeoranej mieczem ludzkich sporów i konfliktów, z każdym dniem rosła, a każdy następny dzień na zgliszczach i pobojowiskach sprawiał, że stawała się spragnioną więcej i więcej...


V.I.T.R.I.O.L.

Starzec z głuchym trzaskiem zamknął starą księgę i podniósł nieobecny, ale pełen ciepła wzrok na gościa. Kurz szarpnął w półmrok i pęczniejącą chmurą spowił całą jego postać.

-Przebyłeś długą drogę - Słowa pachniały zmęczeniem. Starzec raz jeszcze rzucił okiem na gruby zniszczony wolumin. Było w nim ukryte wszystko, o co przybysz prosił. Cała wiedza, po którą przemierzył życie gość wieży. Mała komnata tonęła w leniwie osiadającym kurzu, łączącym się w fantazyjne wzory niczym wirujące z wdziękiem płatki śniegu. Pora była jednak ciepła, choć zatęchłe mury nie przepuszczały rozgrzanego blaskiem słońca powietrza. Docierał tu jedynie wąski potok światła, zalewający stary stół, uginający się na środku pomieszczenia pod ciężarem tej jednej jedynej księgi. Przez kamienne ściany sączył się stłumiony ich grubością szum pobliskiego oceanu. Ten delikatny szept natury wślizgiwał się niepostrzeżenie do uszu i odkładał się coraz grubszą warstwą na powiekach. Ciężar tych warstw opuszczał powieki gościa coraz bardziej. Półotwarte oczy wpatrywały się na kłęby kurzu. Te zaś wirowały coraz wdzięczniej, przymilając się do tracących ostrość widzenia oczu. Drobinki kurzu nagrzane snopem dziennego światła malowały senne spiralne smugi.

-Twoja podróż dobiegła kresu - raz jeszcze motyle słów zatrzepotały z ust starca. Przybysz kołysał się równomiernie, patrząc w wąską szczelinę świetlistego witraża. Powietrze podsuwało mu w nozdrza woń magii przesyconą słonym smakiem oceanu. Spod sufitu popłynęły nagle wolno ku ziemi różane płatki. Prześwitywały przez nie malowane witrażem plamy słonecznej światłości. Czas cofnął się na kolanach w pobożnym skupieniu, a przybysz chłonął mistyczny cud. Jego serce zbolałe i pełne ran wreszcie odnalazło słodycz ukojenia. Wieżę wypełnił wiatr ciepłych, sennych emocji. Całe życie szedł, aby dotknąć tego jednego Cudu. Aby poczuć pełnią duszy Magię tej jednej, jedynej chwili, Gdy odnajdzie tak bardzo upragniony cel wędrówki. Przed nim rozkwitał właśnie Kamień Filozoficzny. Objawienie odsłaniało najgłębszą tajemnicę Alchemii duszy. Różany deszcz opadał na jego skronie w niemym zadziwieniu wytrwałością zmęczonego wędrowca. Drogi życia przywiodły go ku Misterium Prawdy słodkiej i nieodgadnionej. Zmysły spijały łapczywie balsam cudownej i przepełniającej komnatę chwili rozkwitu Kamienia Filozofów. W tej właśnie uświęconej chwili ściany wieży zapłonęły drżeniem, wszechogarniającym i dudniącym w uszach życiem. Teraz poczęły oddychać, delikatnie rozchylając płatki kamiennego kwiatu. Wieża z szarej kamiennej budowli przeobraziła się w rozkwitający kielich pełen Miłości. Jej ściany rozchyliły się, wpuszczając do środka wszystkie radosne promienie słońca, tańczące na oceanicznym wietrze. Niedaleko urwiska w rozkołysanych falach ciepłej wody śpiewały delfiny. Ich pieśń radości wdzięcznie opadała ku uszom przybysza. Zniknęła wieża i starzec rozpięty dobrotliwie nad starą księgą. Był tylko On i otaczający go zewsząd Ocean... Szemranie krystalicznie czystych wód oblepiło jego serce leczniczym całunem. Cały świat zakrzywił się dookoła niego. Otoczył go niczym woda pęcherzyk powietrza. Teraz był niczym ptak, szybujący po bezchmurnym niebie. Nie czuł ciężaru. Szybował lekko i wdzięcznie, aż stał się świetlistością. Vitriol rozkwitł pełnią a jej cud rozkwitł nagrodą umierającego przybysza. Nagrodą księgi, której ów tak długo szukał. Szukał do ostatniej chwili, aż jego natura przyoblekła się esencją przestrzeni, przestając istnieć, aby była obecna zawsze i wszędzie....


Cmentarz wspomnień. GAIA

Jestem TYM.

Od nieskończonej wieczności, po nigdy nie nadchodzący kres czasu. Zmurszałe wyspy zetlałych wspomnień łączę w archipelagi oczekujące świtu życia. Napełniam je tętniącym krwiobiegiem barw i przywracam pełni oceanów czasu. Pojawiam się raz jeden jedyny w istnieniu pośmiertnym każdego z nich, aby dokonać cudu ożywienia. Ten jeden jedyny raz. Moje narodziny są początkiem nowego życia. Obdarzam zapomniane światy esencją żywiołów samoistnienia. Gdy jestem w zenicie, oświetlam pełnią ożywienia, po czym tracąc siły opadam zachodząc ku śmierci. Ku nieistnieniu dla tego świata, który nawiedziłam raz jeden jedyny. Pochylając się uważnie nad każdą z tych wysp obejmuję je matczyną troską. Śledzę przemiany, które zachodzą przeze mnie i przeistaczam swoją obecność na elan Vital odrodzonego archipelagu. Jestem haustem ożywczego powietrza po długim nietrwaniu. Subtelnym dźwiękiem intensywnego przeżywania po nieobjętym nieświadomym nieistnieniu.

Moja ofiara ma sens.

Jestem Wiecznym Spoczynkiem bytów zatopionych w przeszłość i ich zmartwychwstaniem do perwersyjnego zespolenia bólu i rozkoszy istnienia. Moje imię zostało zatarte przez istoty czujące i świadome swego istnienia. Zapadło w otchłań niepamięci aktywnych wszechświatów. Dlatego odradzam zapomniane. Szukam swej przeszłości i przyszłości wypisanej w dźwiękach zagubionego imienia. Nie znam swego początku, bowiem jest on zawarty w zaginionym. Jestem duchem wędrowca, przemierzającym archipelagi światów, przeszukującym światy, aby odnaleźć istotę, która odgadnie moje prawdziwe imię i przywróci mi pełnię wiedzy o moim własnym istnieniu. Jestem tylko Cieniem czekającym na mistyczny ruch warg, uwalniający moje wyczekiwane Przeznaczenie....


Dziękuję za dobrnięcie do końca



adaszpilka.art
Ada Szpilka

@adaszpilka.art

Codziennie maluję siebie od nowa. Muszę. Makijaż nie trwa wiecznie.
Proud BueSky user № 6 293 318
Dziewczyna z Rdzgwfh
PEGI 18+ Parental Advisory Explicit Content
WARNING: Also AI powered content
🏳️‍🌈
https://cuddly.tube/c/malvision/videos

Post reaction in Bluesky

*To be shown as a reaction, include article link in the post or add link card

Reactions from everyone (0)