Zbigniew Bogucki wychodzi przed kamery i przez chwilę mam wrażenie, że zaraz ktoś krzyknie „akcja!". Że to nie konferencja prasowa, tylko osobliwy miks thrillera politycznego, horroru i telenoweli zemsty. I oczywiście pojawia się on — Agent Pogardy: Donald Tusk. W tej opowieści nie jest premierem. Jest demoniczną figurą, która rano nie parzy kawy, tylko od razu włącza tryb abominacji wobec połowy obywateli.
Cała afera kręci się wokół „zakutych łbów" — dwóch słów, które w mgnieniu oka urastają do rangi testu na człowieczeństwo. Tyle że jeśli wrócimy do tego, co Tusk faktycznie powiedział, chodziło o ludzi usiłujących zablokować pieniądze dla Polski, a nie o „połowę narodu" w pakiecie. Ale w opowieści Boguckiego to już szczegół. Wystarczy go odciąć, zostawić samą obelgę, podkręcić światło i krzyknąć: „Widzicie, kim on naprawdę jest?!".
Najzabawniejsze, że robi to środowisko, które latami rozdawało etykietki „gorszego sortu", „zdrajców" i „agentów Berlina", a teraz nagle odgrywa poruszonego romantyka, któremu drżą ręce na dźwięk jednego ostrzejszego słowa. Wzruszyłem się. Naprawdę.
Potem wjeżdża drugi akt — „zamach na demokrację". Za każdym razem, kiedy to słyszę, mam ochotę sprawdzić, czy przypadkiem nie ogłoszono stanu wojennego, a ja coś przegapiłem. Padają wielkie słowa: bezprawne przejmowanie instytucji, deptanie prerogatyw prezydenta, koniec państwa prawa — pełen pakiet grozy konstytucyjnej. Tyle że jeśli rozłożymy to na części, dostajemy klasyczny spór o interpretację. Rząd macha uchwałami Sejmu i opiniami konstytucjonalistów, tłumacząc, że „naprawia" to, co poprzednicy podporządkowali sobie politycznie. Pałac Prezydencki staje na barykadzie „obrony prawa". Każda strona ma swoich profesorów, swoje ekspertyzy, swoje „niezależne" autorytety, cytowane jak święte księgi.
I zamiast powiedzieć uczciwie: „Słuchajcie, to jest spór prawny — trudny, wielowątkowy, ale jednak spór, nie batalia armii aniołów z armią demonów" — lepiej rzucić hasło o końcu demokracji. Bo kto się będzie kłócił z końcem świata.
No i wreszcie ten ukochany motyw: suwerenność. Sprzedana, oddana, upokorzona, najlepiej „za judaszowe srebrniki z Brukseli". Wystarczy wypowiedzieć nazwę „Unia Europejska", żeby ktoś z offu włączył muzykę z horroru — skrzypiące drzwi, wiatr, wilki, pełen zestaw. W tym widowisku współpraca w Unii to zawsze podległość, kompromis to kapitulacja, a jakakolwiek dyplomacja — zdrada narodowa w wersji premium.
Tymczasem realna robota polega na czymś kompletnie niefilmowym: siedzeniu za stołem, targowaniu się o szczegóły, czasem cofnięciu o pół kroku, żeby za chwilę pójść o krok do przodu. Środki z KPO nie odblokowały się same, bo tak zdecydowała jakaś „zła lub dobra" Bruksela; to był efekt zmiany tonu i stylu rozmowy, spełniania kolejnych warunków — od reform sądownictwa po twarde negocjacje przy kamieniach milowych. Można uważać, że rząd poszedł za daleko. Można mówić, że za mało ugrał. To normalna polityczna kłótnia. Ale robienie z każdej europejskiej decyzji aktu narodowej hańby jest zwyczajnie wygodne. Nie trzeba mieć planu. Wystarczy mieć strach do sprzedania.
Najciekawsze — i najbardziej męczące — jest lustrzane odbicie. Oskarżenie o hejt pada w języku, który sam jest hejtem, tyle że w belwederskim garniturze. Krzyk o bezprawiu rozbrzmiewa z pozycji kogoś, kto nie dopuszcza nawet myśli, że Konstytucję da się uczciwie czytać inaczej niż on i jego prawnicy. A alarmy o „utracie suwerenności" biją z ust ludzi, którzy nie zarysowują żadnej realnej alternatywy poza wieczną wojną z całym otoczeniem — z Unią, z opozycją, z instytucjami, czasem wręcz z faktami.
I wtedy zostaje jedno natrętne pytanie, którego wolałoby się nie zadawać, bo odpowiedź może okazać się nieprzyjemna: czy chodzi jeszcze o państwo jako wspólny projekt — czy już tylko o utrzymanie własnej, ciasnej bańki strachu przy życiu? Byle świeciła jasno. Nawet jeśli wszystko wokół dawno już pociemniało.
Andrzej "Petel" Petelski
Jeśli te słowa dały Ci do myślenia – ufunduj łyk energii niezbędnej do opisywania świata.
⬇ Posłuchaj też w formie podcastu. Wszystkie odcinki "Obłędnika" ⬇
|